Chairshot #2 – martwy kod

Chairshot #2 – martwy kod

Pro wrestling jest formą rozrywki, przedstawiającą markowane konflikty toczone przez kolorowe charaktery (gimmicki) w odpowiednich rolach z finałami mającymi zawsze miejsce w ringu. Jakie proste i oczywiste, czyż nie? Otóż, przynajmniej kiedyś, właśnie nie.

Sekrety pro wrestingowego biznesu były szczelnie opakowane i tylko wybrani mieli do nich dostęp. Była to ściśle tajnie chroniona wiedza, przekazywana z pokolenia na pokolenie, bądź po znajomościach. Wrestlerem nie mógł być każdy kto tego po prostu zapragnął. Taka osoba musiała wydawać się godna zaufania i coś sobą reprezentować. Dekady temu wrestlerzy, promotorzy i cały sztab ludzi obracających się w temacie pilnowali sekretów wrestlingowychjjak własnej kieszeni. Z prostego powodu, ponieważ to ten biznes napełniał te kieszenie. Wiele razy musieli walczyć na serio, by pokazać niedowiarkom, że sposób w jakim zarabiają na chleb to nie tylko opera mydlana. Formy ochrony kayfabe były bardzo wymyślne – czarne i dobre charaktery nie mogły być widywane razem, mimo iż często razem podróżowali. Tak komentowały to w swoich książkach wybrane autorytety:

Ric Flair:
W AWA, wyjść z charakteru i socializować się z kimś, przez kogo byłeś pokonany tydzień temu w TV odbierane było jako największa zniewaga naszego biznesu. Nie podróżowałeś wspólnie z ludźmi tego fachu. Jeżeli znaleźliście się w tym samym barze czy restauracji, to nie siedzieliście przy tym samym stoliku. W drodze, chłopaki co jakiś czas spotykali się w pokojach na drinka, ale żadna z niewtajemniczonych osób nie miała tam nigdy wstępu.
Terry Funk:

Jeden z najbardziej owocnych feudów w Amarillo z wczesnych lat 60 były batalie mojego ojca i „Iron” Mike’a DiBiase o prawo bycia nazywanym „Królem Deatch Matchy”. Ich pierwszy death match miał około 30 przyłożeń (pinfallsów), trwał grubo ponad trzy godziny i o pierwszej w nocy zakończył się remisem. Obaj poszli na całość (doin’ it hardway, tzn. gdy wrestlerzy są naprawdę porozbijani, najczęściej od ciosów pięścią po twarzy) i po wszystkim musieli udać się do szpitala na założenie szwów. Oto co robiliśmy, by wyglądać bardziej wiarygodnie i intensywnie. Następnego dnia po tym, gdy ktoś z nas poszedł na całość, spoglądałeś na gościa i co widziałeś? Twarz wyglądającą jak melon. Co byś wówczas myślał o prawdziwości tego, czym się zajmuje?Wiele razy szliśmy na całość gdy wśród widowni zaszczyciła nas grupka mądrali w pierwszym rzędzie, krzyczących: „To gówno!”

Wtedy w trakcie walki udawaliśmy się wprost obok ich miejsc i dawaliśmy im zobaczyć kogoś z nas bitego z całą siłą po twarzy. To dawało im do myślenia i zaczęli się zastanawiać, czy to jest prawdziwe, czy też nie. Robiłem to wiele razy na swoich oponentach, podobnie jak oni uciekali się do takich taktyk na mnie.

Stan Hansen:
Nawet gdy show dobiegało końca, zawsze można było wyczuć obowiązujące kayfabe pomiędzy japońskimi wrestlerami i tymi zewnątrz. W tamtym czasie, złamanie kayfabe było poważną zniewagą. Nigdy nie byliśmy w tym samym miejscu razem, ale mogło się zdarzyć, że spotykaliśmy się na ulicy. Kiedykolwiek cos takiego miało miejsce, nie rozmawialiśmy i zdawaliśmy nie zwracać na siebie uwagi, kultywując kayfabe.

Lata starań, uwagi, przelanego potu, łez i krwi, a zarazem pewnej świętości i tajemnicy wokół pro wrestlingu zostały oficjalnie zburzone w jedną noc, gdy nie kto inny jak sam Vincent Kennedy McMahon złamał mowę milczenia i wyłożył kawę na ławę…

Ric Flair:
W 1989, World Wrestling Federation, w dążeniu do deregulacji nadzoru sportowego w New Jersey, wytarło kod kayfabe na zawsze gdy przyznało publicznie, że to, co robimy to zwykła sportowa rozrywka. Wierzcie mi bądź nie, ale znam kilka osób, które wciąż mają problemy ze snem z tego powodu. Część mnie, również.

Jak napisał sam Ric Flair, wiele osób po dziś dzień nie może spać z tego powodu. Coś wtedy pękło i posypały się skrywane od dawien, dawna tajniki zapaśniczej iluzji toczonej w magicznym kwadratowym pierścieniu… Wiecie dlaczego WWF zaprezentowało się w taki sposób na sportowej komisji? Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Zdejmując maskę i przybierając nowy wizerunek mogli płacić niższe podatki…

Media podłapały temat, zainteresowanie wrestlingiem zmalało, do tego największe federacje w USA temtego okresu przechodziły kryzys – WCW miało feuda z zmieniającym się co chwilę zarządem, natomiast WWF przechodziło kryzys w postaci afer sterydowych i odejść wielkich gwiazd. Jak się jednak okazało, mimo przyznania się do wszystkich swoich grzechów, pro wrestling w Stanach Zjednoczonych przeżył jeszcze jeden ‚heyday’. Mowa oczywiście o poniedziałkowych wojnach, new World order i attitude erze – której otwarcie zostało, co ciekawe, zapowiedziane shootowo na antenie Raw:

Pro wrestling całkowicie od kuchni zaczęliśmy poznawać dzięki tkw. dirt sheetsom (portalom internetowym podającym zakulisowe informacje), shootowym wywiadom i książką. Jeżeli chodzi o lektury, to szał na tego typu content pojawił się z pierwszą książką Micka Foleya – ‚Have a nice day!’, która stanęła na topie New York Times. To spowodowało wywęszenie kasy przez wrestlerów i federację, po czym wszyscy złapali za klawiatury i zaczęli sypać po klawiszach najmniejszymi szczegółami od podszewki. Autorami shootowych wywiadów były/są RFVideo, czy HighSpots.

To jednak nie wszystko. Weszliśmy w dobę social media, największa federacja na świecie stara się na każdym kroku przedstawić produkt w orientowanym rodzinnie kierunku. Nie ma już wrestlerów, są tylko ‚zabawiacze’, bo jak inaczej nazwać ochrzczonych śmiesznie przez ‚E sports entertainers?

Jest rok 2015. Era podcastów. Każdy robi jakiś podcast. Temat podłapali również byli i obecni wrestlerzy oraz osoby związane z tematem. Nawet takie tuzy jak Steve Austin czy Chris Jericho. Każdy z nich tydzień w tydzień udziela wywiadów zapominając o swoim dawnym charakterze. Co ciekawe, można było z tym pójść jeszcze dalej i podążające za trendem WWE odpala od czasu do czasu własne podcasty, przedstawiające gości najwyższego kalibru.

Pytanie – czy to wszystko zmierza w dobrym kierunku? Czy dobrze jest mieć podane wszystko na tacy?

Moje zdanie jest podzielone. Oczywistym jest, że nawet gdyby Vince McMahon Jr. nie odkrył publicznie wszystkich kart, to prędzej czy później i tak poznano by naturę tego markowanego sportu. Zapaśnicy nie mogliby być wiecznie poddawani ścisłej selekcji, czy walić po mordach tych, którzy z tego drwią. Uważam, że „chronienie” swoich tajemnic ma swój urok. Niepodpowiedziane sytuacje, charaktery, itp. są przecież najbardziej interesujące. Na przykład Montreal Screw Job, który wciąż budzi kontrowersje… prawda, czy może mistrzowsko opracowany angle? Idąc dalej – The Undertaker, ostatnia, lojalna staremu kodowi postać na arenie. Wciąż nie ma z nim wielu wywiadów, a jeżeli już jakieś są, to jego odpowiedzi są bardzo lakoniczne. Nie napisał książki. Nie zasiada na ceremonii Hall of Fame. Myślę, że dla fanów każda historia, której zaplecza nie można do końca wygooglować, potrafi naprawdę zastanowić, jej szczegóły nie pojawiają się pod wystukaniem odpowiedniego #hashtaga i ma w sobie po prostu trochę prawdy wydaje się dla nas ciekawsza. Storyline odzwierciedlający -prawdziwe- zdarzenia jest zwykle o wiele lepiej przez nas odbierany.

Stan Hansen:
Pod koniec, to my sami zmieniliśmy biznes. Zapomniano, że wrestling odnosił sukcesy, ponieważ wszyscy trzymaliśmy się razem i staraliśmy się nasze tajemnice chronić. Faktem jest, że pro wrestling od dawna ewoluował z czysto atletycznych zmagań w stronę sportowej rozrywki, ale to dirt sheets przyśpieszyły tę zmianę. Sprawy jak biznes prosperował w dawnych czasach, to kwestia sporna. Wiem jednak, że byłem uwiązany w to w czasie, gdy ludzie wierzyli i uważam, że właśnie brak wiary oszukuje dzisiejszych fanów. Ludzie naprawdę chcą myśleć w taki sposób – ‚Cholera, tamci dwaj byli naprawdę na siebie wkurwieni! Nie wiem jak tamci z pierwszej walki, ale w tej ostatniej, na serio się nie patyczkowali!’. Fani tęsknią za tego typu podekscytowaniem.

Paradoksalnie, w udawanym sporcie doszukujemy się czegoś, co pozwoli nam na moment uwierzyć. Ogromny sukces nWo wywodzi się z faktu, że początkowo sądzono, iż to właśnie inwazja WWF na WCW. Kariera CM Punka nabrała rzeczywistego tempa dopiero wtedy, gdy wygłosił swoje legendarne promo, które sprawiło, że -uwierzyło- mu miliony. Wiele innych scenariuszy miało takie zabarwienie real life, warto wspomnieć również story na linii Edge/Lita/Matt Hardy (Lita w rzeczywistości zostawiła Matta dla Edge’a). Takich sytuacji, gdzie nawet tkw. smarci będą w stanie w coś uwierzyć będzie jednak coraz mniej, gdyż biznes ten w dobie gdy shootowych podcastów udziela sam Vincent K. McMahon rozkłada coraz szerzej nogi i wypuszcza ostatnie, nieskalane cząstki dawnej magii w eter.

Nie podoba mi się aż taka ekspozycja pro wrestlingu, ale pisząc wyżej, że moje zdanie na ten temat jest podzielone muszę przyznać, że ta „druga” strona to również kawał dobrych wrażeń i mając dostęp do takich smaczków jak shooty, książki, itp. można chłonąć z pozoru doskonale poznany już biznes na nowo. Najpierw się oglądało produkt chłonąc wszystko to, co pokazano w TV. Następnie dzięki wszechobecnemu internetowi dochodziło się do ukrytych informacji z szatni, które to dzisiaj są bardzo tanie i nie są niczym niezwykłym. Dostęp do wszystkiego, takie zaglądanie pod koszule, nie smakuje już jednak tak bardzo… Gorzki cytat legendy:

Ric Flair:
Wydaje mi się, że byłem w stanie się zaadaptować do nowego sposobu postrzegania tego biznesu, jednak co jakiś czas zdarzają się chwile, które mi przeszkadzają. Nie lubię patrzeć na obsługę aren, która zasiada wygodnie i przygląda się jak przygotowujemy w ringu z przyszłymi oponentami struktury pod to, co zobaczą fani w TV, gdy drzwi do areny zostaną otwarte. Często mnie to dręczy. Pracowaliśmy bardzo ciężko na to, by stworzyć pewną mistyczną atmosferę wokół tego biznesu i denerwuje mnie to, gdy tak wiele z tej magii jest w taki tani sposób oddawane.

Logicznym jest, że nie możemy wiecznie tkwić w latach 80 i wstecz. Stanowczo nie podoba mi się fakt obnażania na lewo i prawo czegoś, co swego czasu z głupiego hobby urosło do mojej życiowej pasji. Tym sposobem kończę drugi felieton z serii walenia krzesłem po facjatach i mam nadzieję, że miło się czytało. ;)

 

Przeczytałeś? Machnij komentarz :)