Japan Trip #01 – Jak to się zaczęło…

No tak, dlaczego do Japonii? Co może być wystarczającym powodem ku temu, by pakować swoje cztery litery na kilkanaście godzin do samolotu? Z błahych powodów nie wybiera się w podróż, gdzie 10,000km to jedynie dystans w jedną stronę…

Może od początku. Nie byłem jednym z tych osób śledzących wrestling, które nie wychylały się nigdy poza zadek Vince’a McMachona. Zawsze interesowały mnie inne sposoby przedstawiania tej formy rozrywki i często próbowałem czegoś nowego. Mój pierwszy kontakt z puroresu, co jest po prostu japońskim tłumaczeniem słowa wrestling, miał miejsce w 2006 roku. Nie było fajerwerków, ani żadnych spektakularnych 5 starów. Będąc ciekaw co stało się z Brockiem Lesnarem – którego znałem z programów z SmackDown nadawanych na niemieckiej stacji Tele5 – dokopałem się do jego występów w New Japan. Walka jaką udało mi się ściągnąć w jednej z Gliwickich kawiarenek internetowych przez poczciwy program BearShare (pamięta ktoś miśka?), to jego obrona pasa IWGP przeciwko Giantowi Bernardowi, który wygrał pierwszą edycję New Japan Cup zyskując prawo do tej walki. Starcie samo w sobie wypadło dosyć blado, Bernard szału nie robił, Lesnar nie był zmotywowany. Do tego publika martwa i słychać było ich każdy największy jęk. Teraz już wiem, że było to historyczne starcie, bo po raz pierwszy w Japonii zorganizowano walkę jeden na jeden w której udział brało dwóch gaijinów (obcokrajowców). Ich model zawsze zakładał gwiazdy z Japonii vs. źli obcokrajowcy i głównie amerykanie. Tak w sumie wrestling w tym kraju nabrał na znaczeniu i obrotach, bo po II wojnie światowej, zaczęto tam organizować walki japończyków z amerykaninami, gdzie zawsze dobrzy pokonywali tych złych by podnieść morale w społeczeństwie po ataku atomowym. Pomijając już ten fakt, jeden na jeden obcokrajowców w tamtym czarnym okresie New Japan (otarli się o bankructwo) skończył się na tym, że federacja ta przestała organizować gale w tej arenie (Fukuoka International Center) przez następnych kilka lat. Nie schodząc jednak już bardziej z tematu – taki był mój początek i muszę przyznać, że promo przed walką pokazującą moment w którym Lesnar wygrał pas w Tokyo Dome i cała ta oprawa, która dorównywała poziomem WWE robiła ogromne wrażenie. Od upadku WCW nic na tej płaszczyźnie nie dorównywało nigdy profesjonalizmowi i rozmachowi machiny z Stamford. Przynajmniej tak mi się do tamtej pory wydawało. Cały ten charakter sportowy – publika okazująca szacunek, ring z ochraniaczami przy narożnikach, reklamy sponsorów na macie, tłumy reporterów wokół bardzo mi się spodobały. Następnie wpadła mi również gdzieś walka Lesnara z Akebono, ale jak można się domyślić, taki baniak nie zademonstrował tego, co puroresu ma do zaoferowania. Kariera Lesnara w Japonii to generalnie jedna, wielka porażka, ale przynajmniej zepchnęło mnie to na właściwe tory… :>

Od 2007 roku miałem stały dostęp do internetu, także pojawiło się o wiele więcej czasu i możliwości. Japonia nie była jeszcze popularna na polskiej scenie wrestlingowej, ale znalazło się kilka „kumpli z neta” z forów internetowych z którymi próbowaliśmy czegoś nowego, bo wydawało się nam, że WWE jest już dla nas za słabe, a scena ma jeszcze wiele więcej do zaoferowania. Wtedy liczyło się głównie TNA i Ring of Honor. Te drugie miało współpracę z Pro Wrestling NOAH oraz Dragon Gate i w mig większość „smart fanów” (jak ja nie lubię tego określenia) zaczęło ziewać w kierunku zielonych ringów Misawy i zabójczego high flyingu smoczego systemu. Wtedy spotkałem się po raz pierwszy z puroresu w postaci, która może naprawdę zachęcić i wkręcić na dalsze jego śledzenie. Nie dałem się temu jednak jeszcze porwać. Były jeszcze różne próby z deathmatchami. Z ciekawości po naczytaniu się opowieści, dotyczącego tego co działo się na ringach FMW czy BJW, obejrzałem kilka eventów z aligatorkami, tarantulami i bombkami w roli głównej. Ale to jest dobre jako ciekawostka i nic poza tym.

Czas w którym moje oczy otwarły się na wrestling robiony w Kraju Kwitnącej Wisni ponownie i… zostały już zorientowane w tym kierunku na dobre miał miejsce pod koniec 2007 roku. Kurt Angle – którego zawsze darzyłem wielką sympatią – zaczął pojawiać się w Japonii. Wystąpił gościnnie na jednej z gal New Japan w specjalnej walce drużynowej, gdzie z Yuji Nagatą podjął team Gianta Bernarda i Tomko, a następnie na pierwszej w historii gali IGF odebrał pas „IWGP 3rd Belt” Brockowi Lesnarowi. Dało to podwaliny na ciekawe story na linii New Japan/TNA, a że sumiennie śledziłem wtedy federację Dixie Carter, zainteresowałem się tymi wydarzeniami. Ogłoszono kartę na „Wrestle Kingdom” II w Tokyo Dome, które w 4 stycznia 2008 roku ściągnęło do siebie wiele gwiazd TNA, jak m.in. AJ Stylesa, Christiana Cage, Abyssa, Steiner Brothers czy oczywiście Kurta Angle, który bronił swój… odłam pasa IWGP naprzeciw Yuji Nagacie. WK2, to pierwsza gala NJPW jaką zobaczyłem od początku do końca i zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. W końcu to Tokyo Dome. Angle/Nagata wypadło wyśmienicie i wiele osób dawało im wtedy (****) rating i porównywało do walk Angle/Benoit. Spodobało mi się i… tak zostałem. Mimo, że wtedy nie było to modne, a do boomu New Japan trzeba było jeszcze kilka lat poczekać, to od tamtej pory byłem na bieżąco z rezultatami, oglądałem ważniejsze walki i… zaczęło we mnie powoli rosnąć marzenie dalekiej podróży na drugą stronę kuli Ziemskiej, by zobaczyć jak to wszystko wygląda na żywo. 😉

W 2011 roku, po oglądaniu głównie sceny amerykańskiej przez dobrą dekadę wpadłem na dobre w ramy puroresu. Był to wyjątkowo słaby rok. Uwielbiane swego czasu przeze mnie TNA za sprawą szaleństw z Hoganem i ferajną zaczęło zjadać swój ogon już na dobre, a WWE mimo powrotu The Rocka zaserwowało jedną z najbledszych Manii od lat. Wtedy jeżeli chodzi o wrestling zacząłem bardziej skupiać się na Japonii, a w drugą stronę w przypadku TNA, WWE czy Ring of Honor nigdy nie mogłem nazwać już tego regularnym oglądaniem. Pierwsze poważniejsze myśli na temat wypadu do Japonii zaczęły pojawiać się w 2012 roku. Znalazłem niedawno moje posty na różnych forach turystycznych i tematycznych, dotyczące tego wyjazdu. Początkowo były to jednak niewinne mrzonki i podchody. Zatrzymywały mnie jednak zawsze opory przed tak daleką, samodzielną podróżą oraz brak możliwości wzięcia urlopu w interesujących mnie terminach – pod uwagę brałem zwykle albo pierwsze tygodnie sierpnia i finały turnieju G1 Climax albo przełom grudzień/styczeń i wysyp gal różnych federacji w Korakuen i wisienkę na torcie w postaci największej gali w Tokyo Dome. Zabawne, bo wpisując swój często używany login w google znalazłem posty posegregowane latami – od 2012 roku do 2016 pytałem się w różnych miejscach praktycznie o to samo. Łapiąc się na tym w tym roku doszedłem do wniosku, że nie ma na co dłużej czekać. Trzeba kuć żelazo póki gorące, bo jak wiadomo, czas nie stoi w miejscu i wiele się zmienia… Może za 5 lat po prostu nie cieszyłbym się już tym tak, jak teraz? Albo jak to w życiu, znajdzie się tysiąc ważniejszych spraw i kosztowne marzenia zejdą na bok…

Nie chciałbym wytykać sobie kiedyś, że było mnie stać na podróż moich marzeń i pozwoliłem jej się po prostu wymknąć z moich rąk kolejny raz… Po to, by znów nie złapać się na tym, że gdy przychodzi stosowny czas turnieju G1 czy magiczny 4 stycznia, znajduje swoje wypociny w sieci odnośnie jak to wszystko logistycznie ugryźć. No, ale taki scenariusz mogę w końcu odłożyć do kosza. W związku z tym, że przygotowywałem się na ten wypad od długiego czasu, wiem jak podejść do takiej wyprawy. Mimo, że nigdy tam nie byłem, swego czasu szeroko rozpisałem sobie już jak to ugryźć – gdzie się zatrzymać, jak zorganizować bilety, co i gdzie jeść, co tam zobaczyć i jak się poruszać po tak ogromnej metropolii (era smartfonów i gps w telefonie rządzi).

I tak, ironiczne dziesięć lat po gali z 4 stycznia 2008, trzymam w ręku bilet na 12 edycję tej „WrestleManii” dalekiego wschodu…

 

Wkrótce na blogu napiszę jak wygląda moje przygotowanie do podróży, co ze sobą zabieram, jak to wszystko załatwiałem i co, poza #wk12, mam zamiar tam robić. 🙂

Przeczytałeś? Machnij komentarz :)