WWE NXT „TakeOver: War Games” 18/11/17 @ Toyota Center

Świetna prezentacja wideo na początek. W ciekawy sposób odnieśli się z otwierającą prezentacją wideo do wizytówki tej edycji TakeOver pokazując klipy byłych prezydentów USA mówiących o… stanie wojennym ! 😮 Cieszy fakt, że w końcu zdecydowali się odkopać gimmick War Games. Ta stypulacja zasługiwała na to jak mało która, ale z różnych powodów nie chciano pamiętać w WWE o tym. Okazji na powrót było wiele i aż dziw, że nie skorzystano z tego podczas np. ECW/WCW Invasion angle w 2001 roku. Brakowało im wtedy gwiazd konkurencji i mogliby przynajmniej nadgonić takim smaczkiem. Nie zależało im wtedy na przedstawianiu konkurencji w przychylnym świetle. Widok dwóch ringów stojących obok siebie zawsze robił na mnie piorunujące wrażenie i świetnie się to ogląda. Super motyw, gdy pierwsze ujęcie na halę pokazało ogromny szyld „Good Bye, Good Night” by Kenny Omega haha:D

Ogarnęli dobry patent w którym każda kolejna walka odbywała się na innym ringu. Sprzedano tutaj więcej miejscówek ringside i wpadli na sprawiedliwy sposób, by nikt nie został skrzywdzony. Z technicznego punktu widzenia pojawiło się tutaj kilka wpadek. Arena świeciła pustkami i nawet inteligentna praca kamery nie zdołała zakryć pustych miejsc. Od razu rzuca się w oczy, że to eksperyment z galą TakeOver przed Survivor Series. Normą są już specjalne gale przed WrestleManią i SummerSlam, ale do tego trendu najwidoczniej trzeba jeszcze fanów przyzwyczaić. Poza tym kilka segmentów na backstage pokazanych było bez głosu. W main eventcie pojawiła się też mały mankament – wrestlerzy poszczególnych stajni czekali w mniejszych klatkach na swój czas i w pewnym momencie światło wskazujące następną drużynę dołączającą do War Games padło na Sanity, ale mimo to wypuszczono The Authors of Pain… To tak, jakby podczas Elimination Chamber otwarła się nie ta komora co trzeba. Słabo. oO No ale to są błahostki, a show poza takimi małymi uchybieniami wypadło całkiem przyzwoicie. 😉 O poszczólnych walkach niżej ->

 

Lars Sullivan vs. Kassius Ohno

Sullivan to ktoś, koło kogo nie przechodzi się obojętnie. Ten wygląd, postura i sposób bycia sprawia, że ściąga na siebie uwagę. Ma zadatki na to, by tuż obok Brauna Strowmana, być kiedyś jednym z głównych monster heelów w federacji. Dotychczas z tego, co dane było mi oglądać, karmiono go głównie squashami i to jedna z pierwszych okazji, gdzie staje w ringu z kimś podobnych gabarytów. Na Ohno można różnie patrzeć, ale trzeba mu oddać fakt, że jest jego sprawność fizyczna mimo upływu lat i… przypływu kilogramów wciąż jest na dobrym poziomie. Lubię tego typu spotkania, gdzie do walki wystawionych jest dwóch powerhousów, bo aktualnie to rzadkość i w współczesnym pro wrestlingu panuje powszechny trend na zawodników lżejszej wagi. Przy wymianach markowych elbowów Ohno i lariatów Larsa czuć było prawdziwy impet tych uderzeń. Działo się, ale generalnie bardzo krótko to trwało i nie mieli czasu rozkręcić się na dobre, ale akurat jako opener spełniło swoje zadanie. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to końcówka była trochę mało wyrazista. Sullivan dostał mocno zabookowany i został położony na łopatki jedynie raz. Widać, że wiążą z nim jakieś szersze nadzieje i życzę mu powodzenia, bo mimo że ringowo ma jeszcze kilka lekcji do odrobienia jest jak dla mnie jedną z najbardziej wyrazistych postaci w obecnej kadrze NXT.

Aleister Black vs. Velveteen Dream

Wejściówka Blacka zawsze na propsie! Jego oponent nie był mi do końca znany i spoglądałem na niego początkowo z przymrożeniem oka. Przypomina nieco odchudzonego Orlando Jordana z homoseksualnym gimmickiem w TNA circa 2010, a to nie jest dobre skojarzenie. 😮 Spodziewałem się jakiegoś słabego comedy matchu, gdzie Black nie będzie mógł się wykazać, ale z czasem gdy się rozpędzili już na dobre udowodnili jak bardzo pozory mogą mylić. Fajne motywy z „say my name” Velveteena z interesującym finałem, gdy po wszystkim już Black w końcu wypowiedział jego imię. Zamiast przesadzić z kickoutami na koniec (co jest aktualnie istną plagą), skupili się na budowaniu historii i końcowe przyłożenia nabrały dzięki temu na znaczeniu. Końcówka świetna. Polecam!

 

NXT Womens Title – Fatal 4 Way: Ember Moon vs. Kairi Sane vs. Nikki Cross vs. Peyton Royce

Dosyć chaotyczna wieloosobowa walka kobiet. Wolę single matche, szczególnie jeżeli w stawce są tytuły mistrzowskie, ale pomijając już osobiste upodobania walka ta mogła się podobać. Było szybko, taka piguła i ciągła akcja. Przypominała starcia knockouts w TNA z początków tamtej dywizji. Do zapamiętania niesamowity elbow drop Kairi Sane. Easly best elbow drop in the buisness! I pisze to wierny fan Randy Savage’a. 😮 Końcówka, nowa mistrzyni w postaci Ember i obecność byłej mistrzyni, Asuki, zdecydowanie na plus.

 

NXT Title: Drew McIntyre (c) vs. Andrade „Cien” Almas

Almasowi vel La Sombra w końcu się udało i znaleźli na niego jakiś pomysł. Mało kto znajduje się w NXT tak długo jak on. Motyw na foreignera z laską, która mówiąc trąci obcym akcentem jest już dobrze znany i sprawdzony via Rusev i Lana. Tutaj wypada to nawet ciekawiej, bo Zelina potrafi również nieźle polatać gdy sytuacja tego wymaga. Walka była dobra, interwencje ze strony dziewczyny Meksykanina świetnie komponowały się w te spotkanie. W drugiej części walki McIntyre wyraźnie zwolnił przez kontuzje bicepsa, której nabawił się w tej walce. Szacun, że dokończył walkę. Kibicowałem Szkotowi, ale od dawna gotowy był na ligę wyżej, a Sombra czekał wystarczająco długo na swoją szansę. Good stuff.

 

War Games: The Authors of Pain (Akam & Razer) & Roderick Strong vs. The Undisputed Era (Adam Cole, Bobby Fish & Kyle O’Reilly) vs. Sanity (Alexander Wolfe, Eric Young & Killain Dain)

Main Event bardzo pozytywnie zaskoczył. Walka ta stanęła na wysokości zadania i sprostała ogromnemu hype’owi jaki jej towarzyszył. Tempo było szybkie i od samego początku dbali o to, aby coś się działo. Dwa ringi w końcu poszły w ruch i gdy wszyscy uczestnicy znaleźli się w klatce zrobił się z tego niezły młynek! 😮 Publika była tutaj bardzo żywa i dawali o sobie cały czas znać, szczególnie zwracając uwagę na wykorzystanie stolików, poświęcenie się Wolfe’a i…. ADAM COLE BAY BAY~! Alexander Wolfe wykonując mosiężny german suplex na dwa stoły sam nieźle się przy tym poskładał, co zaowocowało dosyć przejmującym krwawieniem. Farba poszła również z Erica Younga i Killain Daina pokazując ile ta stajnia włożyła serca w te spotkanie i jak bardzo ostro było w tej ogromnej klatce. Warty uwagi był motyw w którym O’Reilly uderzył się krzesłem w głowę. Kolejny motyw poza bleedingiem, który został wyrzucony z programów WWE, a miał tutaj miejsce…. I bardzo dobrze, bo w tego typu stypulacje wyglądałyby mniej atrakcyjnie bez takich smaczków. (****½)

 

Cóż, mam nadzieję, że słaba sprzedaż biletów nie ostudzi ich zapału w stosunku do takiego pomysłu na galę i zobaczymy War Games w przyszłym roku. Cały event dostaje duży kciuk w górę i można się było dobrze bawić od początku do końca!

Przeczytałeś? Machnij komentarz :)